Wielokropek w nawiasie, po przecinku. W ustach tymczasem cierpki posmak pustki; słowa uciekają w przestrzeń - nie wiem, w jaką przestrzeń. Czuję. Jestem człowiekiem, więc czuję - czasami więcej, czasami mniej, częściej wcale. Na szpilkach po uczuciach. Nieważne - tak łatwiej. Nadmiar kobiecych perfum, słodkich zapachów (owocowych i kwiatowych, wszędzie wyłapuję dozę mięty, nieznośnej mięty) wypełnia przedwcześnie letnie powietrze, na ulicach tłum ludzi ograniczony konwenansami, uwięziony w betonowej klatce bezlitosnego miasta. Nie widzę ich oczu; chowają się pod nieistniejącymi rzęsami, unikają zbyt zaciekawionego spojrzenia. Wymuszonym uśmiechem próbują uniknąć tematu - tłum w nieustannej pogoni za substytutem szczęścia, substytutem wolności. Z wolna gubię się, - czuję, że gubię - bo nie rozumiem, skąd ten pośpiech, skąd ta chęć zastąpienia czegoś, co się kiedyś miało (co można odzyskać) w naturalnej postaci. Nie lubię patrzeć, jak ludzie uszczęśliwiają się na siłę - zapach kobiecych perfum już nie jest słodki. Degraduje się, fermentuje. Mdli. Wtedy brakuje przedwcześnie letniego powietrza, a człowiek ma wrażenie, że zamiast tchawicy w gardle siedzi ciernisty supeł, który rani wyjątkowo unerwione wnętrze, jakim zostało wyścielone ciało człowieka.
Takie tam nocne przemyślenia córki ♥
OdpowiedzUsuń